Po premierze klipu Beyonce "Single Ladies (Put A Ring On It)" gruchnęła plota, że jedna z tancerek towarzyszących jej w teledysku to w rzeczywistości (w zależności od wersji):
1) bardzo brzydka kobieta
2) transwestyta
3) choreograf, który przebrał się za kobietę, bo umiał dobrze układ.
Po wnikliwym obejrzeniu klipu przyznaję, że w plocie coś jest. Panna wygląda cokolwiek męsko z tymi wąskimi biodrami i umięśnionymi nogami.
Tymczasem niedawno w sławnym Saturday Night Live (gdyby ktoś nie wiedział, to taki amerykański program satyryczny ze skeczami, leci ze 100 lat i nadal jest śmieszny) pojawiła się Beyonce. Towarzyszył jej Justin Timberlake. Zobaczcie, co z tego wyszło, bo ja popłakałam się ze śmiechu.
wtorek, 18 listopada 2008
sobota, 8 listopada 2008
Quantum of Solace

Filmy z serii o Jamesie Bondzie święciły triumfy w latach 80. Lata 90 były raczej równią pochyłą, przepakowane product-placement, gryzące własny ogon, nudne.
Nie da się oczywiście odmówić Bondowi niesamowitego wpływu na filmy. Pojawili się inni tajni agenci i zabójcy na zlecenie, Jason Bourne, Hitman, etc.
Może warto tu wspomnieć o Bournie. Trylogia Bourne'a prezentowała zupełnie inne podejście do tematu - zamiast pewnego siebie, niemal bezczelnego agenta, mamy człowieka, który nie pamięta kim jest, a potem dręczy go sumienie. Mam człowieka, który jest żywy, obrywa, nie jest jakimś półbogiem. Mamy filmy, w których sceny walk są montowane dynamicznie, jak filmy dokumentalne.
W takim właśnie kierunku chyba postanowili iść twórcy nowych Bondów, "Casino Royale" i "Quantum of Solace". Jestem tę decyzję w stanie zrozumieć. Mało tego, byłam pod wielkim wrażeniem "Casino Royale", które rozpoczynało się sceną pierwszego zabójstwa Bonda i już "zmieniało klimat" - to nie było czyste, sterylne zabójstwo z klasą, w białych rękawiczkach. Było brutalne, brudne, prawie realistyczne. I ten klimat mamy przez cały film. Bond jest wreszcie człowiekiem z krwi i kości, obrywa po pysku, daje się ponieść emocjom, naprawdę się zakochuje, nie jest nieomylnym półbogiemm który niczym kot zawsze ląduje na czterech łapach.
Klimat ten jest kontynuowany w kolejnej odsłonie przygód agenta 007, "Quantum of Solace". Bond wciąż pamięta o Vesper (czy to się kiedykolwiek zdarzyło w starej serii, żeby Bond pamiętał o jakiejś dziewczynie poza żoną, o którą różni ludzie go pytali, choć i tak nie odpowiadał?). Bond nie pije martini. Bond prawie że nie flirtuje, a już na pewno nie ląduje w łóżku z główną postacią żeńską, graną przez śliczną skądinąd Olgę Kurylenko. Bond cały czas jest ponury, zawzięty, pierze przeciwników równo po gębie, jest okrutny i nie wiadomo czy kieruje się misją czy zemstą.
Z kina wyszłam z bardzo mieszanymi uczuciami. Jak już mówiłam, rozumiem decyzję twórców filmu o "odbrązowieniu" postaci Bonda, niejakiemu zrzuceniu go z cokołu. Jednak czy taki Bond jest jeszcze Bondem? Kiedyś byłam wielką fanką tej serii i lubiłam Bonda za poczucie humoru nawet w ciężkiej sytuacji, za te one-linery, za ten błysk w oku, za to że flirtował z każdą napotkaną kobietą. Za "Jestem Bond. James Bond" (które również nie pojawia się w tym filmie!).
"Quantum of Solace" jako film sam w sobie jest dobry. Dynamicznie zmontowany. Twórcy nie utrzegli się pewnych powtórek (pseudo-parkourowy pościg na początku) ale sekwencja otwierająca jest chyba jedną z najlepszych jakie widziałam. Piosenka do tej odsłony Bonda to majstersztyk (choć wydawałoby się, że połączenie alternatywnego rockmana z soulową wokalistką z krwi i kości to niebezpieczny pomysł). Plenery są piękne, Włochy, Boliwia. Piękne kobiety - są. Złe charaktery na czasie, eko-terroryzm, wszystko na miarę XXI wieku.
Mimo to wyszłam z kina jakaś zawiedziona.
Och James, co się z Tobą stało...
czwartek, 6 listopada 2008
Mania mienia
Zakupów ciąg dalszy!
Tym razem VintageDoll - "olśnienie", przed którym zawahałam się lekko widząc stan swojego konta, ale raz się żyje, prawda? XD

Zupełnie, ale to zupełnie nie skojarzył mi się z tym (ani też nie marzyłam, żeby ten look zaadaptować):

Me = HAPPY
A co do zdjęć własnych, to zamieszczę jak dorwę się do jakiegoś aparatu. Na razie pozostaje mi się posiłkować cudzymi.
Zamierzam tu też zamieszczać recenzje obejrzanych przeze mnie filmów, spektakli oraz przeczytanych książek. Ot, taki zapis życia kulturalnego warszawianki ;)
(postanowiłam, że nie chce mi się pisać tłumaczenia, bo i tak na razie nikt tego nie czyta :P)
Tym razem VintageDoll - "olśnienie", przed którym zawahałam się lekko widząc stan swojego konta, ale raz się żyje, prawda? XD

Zupełnie, ale to zupełnie nie skojarzył mi się z tym (ani też nie marzyłam, żeby ten look zaadaptować):

Me = HAPPY
A co do zdjęć własnych, to zamieszczę jak dorwę się do jakiegoś aparatu. Na razie pozostaje mi się posiłkować cudzymi.
Zamierzam tu też zamieszczać recenzje obejrzanych przeze mnie filmów, spektakli oraz przeczytanych książek. Ot, taki zapis życia kulturalnego warszawianki ;)
(postanowiłam, że nie chce mi się pisać tłumaczenia, bo i tak na razie nikt tego nie czyta :P)
poniedziałek, 3 listopada 2008
Chcę chcę chcę!
I want I want I want!
http://www.decobazaar.com/produkt.php?id=57231&mailing=1
I jeszcze Emu Bronte Hi w kolorze Chestnut, ale są już tylko pojedyncze egzemplarze na Allegro i oczywiście nie w moim rozmiarze :/
And Emu Bronte Hi Chestnut, but there are only a couple of pairs on Allegro and of course, not my size :/
http://www.decobazaar.com/produkt.php?id=57231&mailing=1I jeszcze Emu Bronte Hi w kolorze Chestnut, ale są już tylko pojedyncze egzemplarze na Allegro i oczywiście nie w moim rozmiarze :/
And Emu Bronte Hi Chestnut, but there are only a couple of pairs on Allegro and of course, not my size :/
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)