sobota, 8 listopada 2008

Quantum of Solace


Filmy z serii o Jamesie Bondzie święciły triumfy w latach 80. Lata 90 były raczej równią pochyłą, przepakowane product-placement, gryzące własny ogon, nudne.
Nie da się oczywiście odmówić Bondowi niesamowitego wpływu na filmy. Pojawili się inni tajni agenci i zabójcy na zlecenie, Jason Bourne, Hitman, etc.
Może warto tu wspomnieć o Bournie. Trylogia Bourne'a prezentowała zupełnie inne podejście do tematu - zamiast pewnego siebie, niemal bezczelnego agenta, mamy człowieka, który nie pamięta kim jest, a potem dręczy go sumienie. Mam człowieka, który jest żywy, obrywa, nie jest jakimś półbogiem. Mamy filmy, w których sceny walk są montowane dynamicznie, jak filmy dokumentalne.
W takim właśnie kierunku chyba postanowili iść twórcy nowych Bondów, "Casino Royale" i "Quantum of Solace". Jestem tę decyzję w stanie zrozumieć. Mało tego, byłam pod wielkim wrażeniem "Casino Royale", które rozpoczynało się sceną pierwszego zabójstwa Bonda i już "zmieniało klimat" - to nie było czyste, sterylne zabójstwo z klasą, w białych rękawiczkach. Było brutalne, brudne, prawie realistyczne. I ten klimat mamy przez cały film. Bond jest wreszcie człowiekiem z krwi i kości, obrywa po pysku, daje się ponieść emocjom, naprawdę się zakochuje, nie jest nieomylnym półbogiemm który niczym kot zawsze ląduje na czterech łapach.
Klimat ten jest kontynuowany w kolejnej odsłonie przygód agenta 007, "Quantum of Solace". Bond wciąż pamięta o Vesper (czy to się kiedykolwiek zdarzyło w starej serii, żeby Bond pamiętał o jakiejś dziewczynie poza żoną, o którą różni ludzie go pytali, choć i tak nie odpowiadał?). Bond nie pije martini. Bond prawie że nie flirtuje, a już na pewno nie ląduje w łóżku z główną postacią żeńską, graną przez śliczną skądinąd Olgę Kurylenko. Bond cały czas jest ponury, zawzięty, pierze przeciwników równo po gębie, jest okrutny i nie wiadomo czy kieruje się misją czy zemstą.

Z kina wyszłam z bardzo mieszanymi uczuciami. Jak już mówiłam, rozumiem decyzję twórców filmu o "odbrązowieniu" postaci Bonda, niejakiemu zrzuceniu go z cokołu. Jednak czy taki Bond jest jeszcze Bondem? Kiedyś byłam wielką fanką tej serii i lubiłam Bonda za poczucie humoru nawet w ciężkiej sytuacji, za te one-linery, za ten błysk w oku, za to że flirtował z każdą napotkaną kobietą. Za "Jestem Bond. James Bond" (które również nie pojawia się w tym filmie!).

"Quantum of Solace" jako film sam w sobie jest dobry. Dynamicznie zmontowany. Twórcy nie utrzegli się pewnych powtórek (pseudo-parkourowy pościg na początku) ale sekwencja otwierająca jest chyba jedną z najlepszych jakie widziałam. Piosenka do tej odsłony Bonda to majstersztyk (choć wydawałoby się, że połączenie alternatywnego rockmana z soulową wokalistką z krwi i kości to niebezpieczny pomysł). Plenery są piękne, Włochy, Boliwia. Piękne kobiety - są. Złe charaktery na czasie, eko-terroryzm, wszystko na miarę XXI wieku.

Mimo to wyszłam z kina jakaś zawiedziona.

Och James, co się z Tobą stało...


Brak komentarzy: